Portal usług dla zwierząt

+ dodaj darmowe ogłoszenie + dodaj firmę bezpłatnie

Szczyt sezonu porzuceń kociaków. Schroniska pękają w szwach!

Artykuł nr 30 utworzony: 08.08.2014, 12:01

Środek lata to już tradycyjnie czas, w którym kotom i psom jest najtrudniej. Psy są masowo porzucane przed wyjazdami na wakacje, kiedy to rozkoszny futrzak staje się zbędnym balastem dla zajmującej się nim rodziny. Przywykliśmy już do ciągłych donosów o czworonogach wyrzucanych przy ruchliwych ulicach, podrzucanych w nocy do schronisk dla bezdomnych zwierząt, czy też przywiązywanych do drzew w lesie. Choć niezaznajomionym z tematem porzuceń trudno to sobie wyobrazić, to jednak koty mają latem jeszcze gorzej niż psy.

Niby jest ciepło i o jedzenie nawet bezdomnym kotkom łatwiej, jednak lato to także wysyp kocich miotów, bardzo licznych i rzadko pożądanych przez właścicieli. Kocięta są teraz porzucane dosłownie wszędzie, albo też są znajdowane w najdziwniejszych miejscach, w których ukrywają je kocie mamy. Pamiętajmy, że z wielu norek, schowków, dziur i piwnic wychodzą po kilku tygodniach prawie samowystarczalne maluchy, gotowe zasilić gromady bezdomnych zwierząt na wsi i w miastach.

W tym roku my sami staliśmy się na jakiś czas opiekunami porzuconych kociaków, dlatego znamy ten temat z autopsji. Pięć zmokłych, głodnych i przestraszonych kotków zostało porzuconych w zaroślach pomiędzy garażami a ogródkami działkowymi w małej miejscowości, w której akurat przebywaliśmy. Po zabezpieczeniu maluchów w kartonie, próbowaliśmy uzyskać jakieś informacje lub pomoc od lokalnych służb, ale jedyne na co mogliśmy liczyć, jak nam oznajmiono, to przyjazd pana, który miałby koty uśpić. Nie mogliśmy do tego dopuścić. I tak, pomimo własnej licznej gromadki czworonogów, staliśmy się tymczasową rodziną dla kolejnych pięciu maluchów.

 

Cztery kotki były tak małe, że jeszcze same nie jadły. Miały może ze dwa tygodnie i już otwarte oczy. Jeden kotek był starszy (około 5-6 tygodni) i już sam wesoło hasał po domu, a nawet jadł z miseczki (ktoś chciał się chyba pozbyć od razu wszystkiego, co miał na podwórku). On najszybciej znalazł opiekę. Reszta była tak mała, że nawet w schronisku nas poinformowano, że przyjmą je za kilka tygodni, gdy już będą w stanie jeść. W ten sposób przez miesiąc karmiłam koty z butelki, a one kolejno się rozchodziły do nowych domów.

Od razu zaznaczam, że nie należy się bać karmienia bardzo małych kociąt. Jeśli znajdziecie takie maluchy, nie spisujcie ich od razu na straty. One bardzo chcą żyć i przy odrobinie pomocy mogą wyrosnąć na dogodne kocury i kociczki. Jedyne czego potrzebujecie, to strzykawka lub butelka ze smoczkiem i mleko w proszku dla niemowląt (ludzkich oczywiście). Mleko kupujemy dla noworodków, w wersji dla alergików, ponieważ koty źle znoszą pokarm na bazie krowiego mleka (laktoza im szkodzi tak jak ludziom). Butelka może być specjalna dla kociąt (są takie w lecznicach), albo dla dzieci. My używaliśmy zwykłej, najmniejszej z marketu, z normalnym smoczkiem.

Gdy już mamy sprzęt, robimy niewielką ilość mleka zgodnie z instrukcją i karmimy, gdy tylko koty się tego domagają (czyli co 2-3 godziny). Spokojnie, w nocy czasem chcą jeść tylko raz, a często przesypiają do rana, jeśli są w kartonie lub w transporterku, z którego nie mogą się wydostać (to ważne by same nie łazikowały po domu, bo są wielkości chomika i ktoś mógłby je nadepnąć lub zgnieść; trudno w ciemnościach zauważyć taką kruszynkę).

Częstotliwość i czas karmienia zasugerują wam same zwierzaki, które bardzo dobrze pokazują czego i kiedy chcą. Wchodzą na człowieka po nogach, a gdy źle się trzyma butlę, to boksują smoczek z dezaprobatą. Karmienie to naprawdę nic trudnego.

Oprócz jedzenia, trzeba zadbać także o higienę. Gazetki lub inne podkłady z miejsca gdzie przebywają koty zmieniamy codziennie, a nawet dwa razy dziennie. Dobra wiadomość jest taka, że bardzo szybko uczą się do czego służy kuweta, więc lepiej żeby była w ich zasięgu. Po każdym posiłku należy także bardzo delikatnie pomasować koci brzuszek, co ułatwia wypróżnianie. W pierwszych dniach życia kociaki nie są zbyt samodzielne pod tym względem. Nam bardzo dzielnie pomagał w tej kwestii nasz pies Krakers, który tylko ludzi nie lubi, a do czyszczenia kocich kuperków i masowania brzuszków ma wręcz anielską cierpliwość.

 

Nie warto się bać, że nikt nie przygarnie kotów. Z tymczasowymi opiekunami, którzy zamieszczają ogłoszenia na lokalnych serwisach ogłoszeniowych i społecznościowych sprawy idą błyskawicznie. W ten sposób maluchy mają znacznie większe szanse niż w schronisku, gdzie są ich dziesiątki, a warunki nie dorównują domowym. Nasze czarne maluchy bardzo szybko znalazły nowe domy i zapewne w innych przypadkach jest podobnie.

 

Schroniskom i fundacjom opiekującym się zwierzakami jest teraz bardzo ciężko. Porzuceń kocich miotów jest tyle, że w wielu schroniskach brakuje już miejsc nie tylko w klatkach, ale i w domach tymczasowych. To wszystko oczywiście wina ludzkiej bezmyślności. Kastrowanie i sterylizacja kotów (także na wsi) pozwoliłaby ograniczyć ten problem, ale dla wielu posiadaczy kotów, to że ma się jedno zwierzę nie oznacza odpowiedzialności za jego potomstwo. Uniemożliwienie kotu rozrodu nie jest drogie, ani szczególnie kłopotliwe. Kot po sterylizacji wcale nie jest mniej radosny czy bardziej leniwy. Za to jest spokojniejszy, nie kuszą go ucieczki z domu, no i nie pomnaża nieszczęścia kociej bezdomności, tak widocznego latem na polskich drogach, podwórkach i w schroniskach.

Zapytań: 11, Copyrights © Zwierzolub, 2013 | Wykonanie katalogu: Crazybeaver.net